Aktualności
Ściganie się na torze przynosi mi dużo radości
Rozmowa z praktykantką dżokejską Joanną Grzybowską.
W sobotę odniosła pani 26 zwycięstwo karierze, z miejsca do miejsca na nieliczonej Ragane (7 notowania w stawce 8 koni). Było to dla większości widzów zupełne zaskoczenie. Czy dla pani również?
W dużej mierze, tak. Nie spodziewałam się, że wygram. Jechałam przecież po raz pierwszy na nieznanej mi klaczy z Wrocławia, która w poprzednim wyścigu na Służewcu była ostatnia. Postanowiłam się jednak tym nie przejmować i jak najlepiej wykorzystać daną mi szansę. Warunki gonitwy tym razem Ragane sprzyjały. Poprzednio niosła 60 kg na dystansie 1800 m, a tym razem tylko 53 kg na 2400 m. Przed biegiem skupiłam się przede wszystkim na zbijaniu wagi. W samym dniu wyścigu, dzięki porannym przejażdżkom, a potem jeszcze bieganiu i saunie wypociłam 1,5 kg.
Czy te „zabiegi”, nie odbiły się na pani ogólnej kondycji. Miała pani dość siły, żeby jeszcze posyłać konia na długim dystansie?
53 kg, przy wzroście 168 cm, to jest dolna granica, do której mogę zrzucić wagę, bez jakiegoś uszczerbku dla zdrowia. Czułam się na siłach, żeby zgodnie z zaleceniami trenera Michała Borkowskiego zaraz po starcie objąć prowadzenie i podyktować równe, dość mocne tempo. Tak, jak się spodziewałam, nikt mnie nie gonił, więc klacz uzyskała przewagę kilkunastu długości. Na szczęście nie przeszarżowałam w dystansie. Ragane na ostatniej prostej jeszcze „oddawała” od bata i wygrała o 1,5 długości.
Z tym batem jednak trochę przesadziłam. Zamiast dozwolonych sześciu uderzeń, było jedno więcej, za co zostałam ukarana przez Komisję Techniczną grzywną. Trochę mi to zepsuło smak tego nieoczekiwanego zwycięstwa. Dodam, że gonitwa o Nagrodę Villarsa jest dla mnie szczęśliwa. Przed rokiem wygrałam ją na trenowanym przez Krzysztofa Ziemiańskiego Omerze. Wtedy jednak nie biegły tak dobre konie, jak teraz. Ragane pokonała przecież m.in. zwyciężczynię Wielkiej Warszawskiej Rain and Sun oraz dwa konie z zaplecza czołówki, ósmego w Derby Un Beso i wysoko notowanego The Kida Bobby’ego B.
Mówi się, że amazonki mają lżejszą rękę? Czy pani ma już cięższą?
Czy ja wiem? Chyba nie, ale faktycznie operowanie batem jeszcze nie najlepiej mi wychodzi. Ciągle się tego uczę.
11 sierpnia wygrała pani na debiutującym trzylatku Domitzie ze stajni Macieja Jodłowskiego, w której pani od tej wiosny pracuje, 25. gonitwę, uzyskując stopień praktykanta dżokejskiego. W ciągu niespełna dwóch sezonów (do kategorii starszych uczniów pani przeszła po wygraniu 10. gonitwy w październiku 2017 r.) wygrała pani 16 gonitw. To dobry wynik?

Uważam, że niezły, jeśli weźmie pod uwagę, że na Służewcu kobiety nie są zbyt często zapisywane do wyścigów. Dzieje się tak dlatego, że duży wpływ na to, kto na jakim koniu jedzie, mają ich właściciele. A oni w większości wolą żeby na ich lepszych koniach i koniecznie na dwulatkach jeździli mężczyźni, najlepiej znani dżokeje.
Od listopada do marca, z małymi przerwami na przyjazd do Polski, pracowała pani i ścigała się na torach w Emiratach Arabskich. Jakie doświadczenia pani tam zdobyła?
Tamte wyścigi różnią się od naszych przede wszystkim tym, że nikt z jeźdźców, co u nas bardzo często się zdarza, zaraz po starcie nie bierze konia „na siebie”, czyli go nie wstrzymuje, lecz gna w do przodu ile „fabryka dała.” Pracowałam w dwóch stajniach. Pierwszy trener nie zapewniał mi jednak tyle dosiadów, ile obiecywał, więc się zatrudniłam w stajni szejka Hamdana, w której były przygotowywane do przyszłych startów tylko konie mające półtora roku. Dużo mi wtedy pomogała w zdobywaniu dosiadów partnerka Szczepana Mazura Marta Chowańska, która była również moją agentką. Sam Szczepan, gdy pytałam, też chętnie udzielał mi porad, jeśli chodzi o jazdę. Wzięłam udział w sumie w 41 gonitwach, z których wygrałam dwie.
Niestety, byłam w Emiratach bez męża Kamila Grzybowskiego, który przyjechał do mnie tylko na święta. W tym roku chcemy wyjechać do Emiratów razem. Kamil ma już tam zapewnioną pracę, a ja jestem w trakcie jej załatwiania. Myślę, że wyjedziemy w październiku, ale dokładnie kiedy, jeszcze nie wiem.
Jest pani instruktorką fitness. Czy miała pani w ostatnich miesiącach czas i chęć, żeby prowadzić zajęcia w tej dziedzinie sportu?
Nie ma potrzeby, żebym jeszcze dodatkowo zarabiała na życie. Mam wystarczająco dużo pracy w stajni, ale dla własnej przyjemności ćwiczę kilka razy w tygodniu. Kamil też polubił fitnees. To nam pomaga w utrzymaniu ogólnej sprawności i kondycji.
Czy jest już pani zdecydowana, że praca z końmi wyścigowymi oraz ściganie się na torze to będzie pani główna życiowa profesja?
Bardzo późno, bo dopiero w wieku 22 lat trafiłam na tor. W październiku będę obchodzić 27 urodziny. Moja kariera rozwija się powoli, ale już zdążyłam polubić konie i wyścigi na tyle, że przynajmniej na razie, chcę ten zawód uprawiać jak najdłużej, jeśli nie w kraju, to za granicą, gdzie pracy z końmi nie brakuje. Ściganie się na torze wiąże się z wieloma wyrzeczeniami, ale przynosi mi dużo radości.
Czy myślicie już z mężem powiększeniu rodziny?
Tak, ale w trochę odleglejszej perspektywie. W styczniu miną dopiero dwa lata od naszego ślubu. Pochodzę z licznej rodziny, mam pięcioro rodzeństwa, więc sama też chciałbym mieć dzieci. Wtedy ciężar utrzymania rodziny spadnie na Kamila. Bardzo mnie cieszy, że dość szybko został dżokejem i robi duże postępy. Jest obecnie drugim po Szczepanie Mazurze najlepszym polskim dżokejem. Świat wyścigowy bardziej niż przede mną, przed nim stoi otworem. Ale ja z tego powodu nie mam kompleksów. Robię swoje, jak umiem najlepiej. Nie stawiam sobie zbyt wygórowanych celów.
Dziękujemy bardzo za rozmowę.
Rozmawiał Islander
